Kontakt

Związek Harcerstwa Polskiego

Hufiec Kwidzyn
im. Kwidzyniaków

ul. Warszawska 14

82-500 Kwidzyn

Komendant Hufca:
601 911 566

Kalendarz wydarzeń

Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30

BIP

 

Nowy Sztandar

12.03.2016


Otrzymaliśmy nowy Sztandar!!

 - Lista darczyńców -

Pierwszym, z prawdziwego zdarzenia, obozem zorganizowanym przez harcerzy kwidzyńskich był obóz w Kleczewie. Odbył się on w 1947 roku w Kleczewie nad jeziorem zwanym obecnie Kucki. Dużej pomocy udzieliło nam, przy jego przygotowaniu, Koło Przyjaciół Harcerzy. Trwał 24 dni tj. od 2 do 24 lipca. Całością kierował nasz hufcowy hm. Henryk Nogajski – "Żarłoczny Kruk". Oboźnym został phm. Jan Machutta "Chudy Lis". Ponieważ druh oboźny był nauczycielem i jego obowiązki zawodowe mogły czasami kolidować z pracą harcerską, więc komendant Nogajski wyznaczył także i mnie  do pełnienia funkcji oboźnego, co poczytywałem sobie za wielki zaszczyt.

Na początku, jeszcze przed obozem, wyjechałem do Kleczewa wraz z zastępem kwatermistrzowskim. Należało rozstawić namioty dla uczestników i kadry, namiot – magazyn, świetlicę i latryny. Do dyspozycji mieliśmy duże, ciężkie, w kształcie kwadratu namioty tzw. kanadyjki pochodzące z amerykańskiego demobilu.

 

Pierwszym, z prawdziwego zdarzenia, obozem zorganizowanym przez harcerzy kwidzyńskich był obóz w Kleczewie. Odbył się on w 1947 roku w Kleczewie nad jeziorem zwanym obecnie Kucki. Dużej pomocy udzieliło nam, przy jego przygotowaniu, Koło Przyjaciół Harcerzy. Trwał 24 dni tj. od 2 do 24 lipca. Całością kierował nasz hufcowy hm. Henryk Nogajski – "Żarłoczny Kruk". Oboźnym został phm. Jan Machutta "Chudy Lis". Ponieważ druh oboźny był nauczycielem i jego obowiązki zawodowe mogły czasami kolidować z pracą harcerską, więc komendant Nogajski wyznaczył także i mnie  do pełnienia funkcji oboźnego, co poczytywałem sobie za wielki zaszczyt.

Na początku, jeszcze przed obozem, wyjechałem do Kleczewa wraz z zastępem kwatermistrzowskim. Należało rozstawić namioty dla uczestników i kadry, namiot – magazyn, świetlicę i latryny. Do dyspozycji mieliśmy duże, ciężkie, w kształcie kwadratu namioty tzw. kanadyjki pochodzące z amerykańskiego demobilu.

Dumą naszego obozu, a "oczkiem w głowie" komendanta Nogajskiego była wyjątkowa "budowla", typowo obozowa, należąca do pionierki obozowej. Zbudowaliśmy ją w środku obozowiska na polance w odległości ok. 20 m od masztu flagowego. Było to koło o średnicy ok. 12 m. Dookoła niego wykopaliśmy rów głębokości 1 metra o szerokości 80cm. Wykopywaną darń układaliśmy wokół rowu tak, aby powstało wygodne siedzenie i oparcie. Powstał w ten sposób w ziemi okrągły stół i okrągła ława służące do siedzenia przy jedzeniu posiłków. Był to jednocześnie wygodny "stół", przy którym można było pisać podczas szkoleń i wykładów. Nasza "budowla" miała jeszcze i tę zaletę, że w jej środku znajdowało się ..., ognisko, przy którym gromadziliśmy się każdego dnia wieczorem w miłej harcerskiej atmosferze.

Nie brakowało więc pracy całemu zastępowi kwatermistrzowskiemu "Łaziki", którego byłem zastępowym. Należeli do niego m.in.: Bogdan Krygier – "Łazik I", Jurek Jasiński – "Łazik III", Tolek Sawicki – "Długi". Dla przybyłych uczestników obozu znalazło się jeszcze sporo zajęć do wykonania. Było to wybudowanie obozowej kapliczki, okopanie namiotów, prace dekoracyjne.

Po pierwszych dwóch, trzech dniach rozgardiaszu życie obozowe weszło w swoje normalne tory tj.:

  • pobudka ogłaszana melodią graną na trąbce,
  • gimnastyka, toaleta poranna w umywalni- jeziorze,
  • porządki w namiotach,
  • poranna modlitwa w obozowej kapliczce,
  • śniadanie,zajęcia programowe z zakresu terenoznawstwa, kartografii, samarytanki, pionierki obozowej;
  • wszystkie związane ze zdobywaniem sprawności i stopni harcerskich, nauka pływania lub kurs ratownika,
  • obiad, który doskonale smakował w naszej nietuzinkowej stołówce,
  • cisza poobiednia (obowiązkowa),
  • zajęcia popołudniowe, gry i zabawy terenowe, zwiady społeczno – gospodarcze,
  • kolacja,
  • apel wieczorny,
  • ognisko zakończone modlitwą (w ciszy i skupieniu),

Obóz nasz nie zasklepiał się wyłącznie w swoich codziennych zajęciach programowych. Wychodziliśmy na zewnątrz, bo rozumieliśmy i poznaliśmy potrzeby miejscowej ludności. Po dokonaniu wywiadów w okolicy zorganizowaliśmy wakacyjną drużynę zuchową dla dzieci wiejskich. Zajął się tym żwawo phm. Machutta – namiestnik zuchowy hufca. Pomagał mu w tym dzielnie Piotrek Matysiak – zakwalifikowany  na kurs podharcmistrzowski o specjalności zuchowej. Zorganizowaliśmy także w okolicznej wsi wakacyjny zastęp harcerski, z którym pracowaliśmy na co dzień. Mieliśmy także przyjaciół – harcerzy z Gdańska. Obozowali oni w okolicy pobliskiego pałacyku pod komendą dh hm. Ferdynanda Trappa. Była to drużyna starszoharcerska koedukacyjna. Nazwy jej nie pamiętam, ale na pewno nazywaliśmy ich "Trapistami". I chociaż w naszym obozie znajdowali się uczestnicy mający od kilku do kilkunastu lat, u nich tylko młodzież dorosła, nikomu to nie przeszkadzało. Szybko wywiązała się między nami szczególna sympatia i porozumienie. "Trapiści" byli ze sobą zżyci, doskonale śpiewali i zaimponowali nam ciekawym repertuarem swoich ognisk. Nauczyli nas wielu piosenek, szczególnie ballad i o tematyce morskiej. Najbardziej utkwiła nam w pamięci piosenka żeglarska "Pięciu chłopów z Albatrosa", którą śpiewał każdy bez względu na wiek. Nawet teraz, po tylu już latach zdarza się, że często nucę ową piosenkę. Od chwili poznania się z nimi poprawiliśmy poziom artystyczny naszych ognisk, a i występy "obozowych aktorów" uległy poprawie. Między naszymi obozami wytworzyła się ciekawa rywalizacja podczas organizowania wspólnych gier, zabaw i ognisk. Należy podkreślić, że nasi komendanci tj. dh Nogajski i dh Tropp zaprzyjaźnili się ze sobą. Obaj umilali nam czas, najróżniejszymi zajęciami, zarówno w dzień jak i w nocy. Dbali o naszą sprawność, abyśmy dali sobie radę w każdej sytuacji. Organizowali nam dzienne i nocne biegi na orientację z kompasem i mapą lub tylko z samym kompasem. Uczyliśmy się sygnalizacji różnymi sposobami: światłem lub chorągiewkami.

Jedną z najmilszych i najweselszych chwil w każdym dniu obozowym był czas spędzany przy ognisku. Na jego przygotowanie poświęcaliśmy każdą chwilę wolnego czasu. Każdy zastęp, w tajemnicy przed innymi, spotykał się gdzieś na uboczu, aby przygotować swój artystyczny program: piosenki, wiersze, żarty i skecze. Starał się, by występy były jak najatrakcyjniejsze i aby zdobyć jak największą liczbę punktów. Ocenę aktywności zastępów prowadził dh J. Matysiak.

Ognisko było zawsze przygotowywane przez zastęp służbowy. W tym celu zastęp przygotowywał drewno, układał stos ogniskowy, a na zakończenie dbał o dokładne jego wygaszenie, zgodnie z obowiązującymi zasadami. Funkcję strażnika ognia pełnił zwykle zastępowy zastępu służbowego. Dbał on o to, aby ogień palił się stosowanie do chwili. Raz mógł być duży, buchający – w chwilach wesołych, innym razem – przygasający. Spokojny ledwie się palący – w momencie gawędy. W zależności od tematyki i osoby mówiącej gawęda wygłaszana była w różnych momentach: na początku, w połowie lub pod koniec trwania ogniska.

Stos ogniskowy był zapalany zawsze uroczyście, oczywiście jedną zapałką. Pierwsze i ostatnie ognisko zapalał komendant obozu. Kolejne zapalane były przez zaproszonych gości lub wyznaczonego harcerza, który sobie na to szczególnie zasłużył. Gość zapalał ognisko dwiema lub trzema zapałkami i bez względu na ilość otrzymanych od oboźnego zapałek należało zapalić je bez żadnych dodatkowych podpałek, papieru czy jakiegoś paliwa. Dla harcerzy ognisko to swojego rodzaju świętość, więc zanieczyszczenie go byłoby ciężkim przewinieniem. Przestrzegane było także odpowiednie gaszenie ognia – tylko czystą wodą. Jeżeli ktoś splamił ognisko, to istniał ceremoniał oczyszczenia go. Rytuał ogniskowy obowiązywał w całym harcerstwie polskim. Uczył młodych harcerzy poszanowania ognia i odpowiedniego zachowania w czasie trwania ogniska. Miała ona bowiem kształtować najlepsze cechy charakteru, jednoczyć i uczyć przyjaźni. Spośród uczestników naszego obozu w Kleczewie najbardziej pamiętam następujących przyjaciół: małomównego Jasia Matysiaka, jego młodszego brata Piotrka zwanego "Pepciem", Tolka Sawickiego, Bohdana Misiurewicza, Jurka Jasińskiego, Stefana Słowińskiego, Genka Kownackiego – "Żeńki", Jurka Folwarskiego, Ludwika Prokopowicza, Genka Sawickiego – brata Tolka, Justyna Sokołowskiego, Tadzia Słowińskiego – brata Stefana, Henia Hawliczka ...................................................... i innych.

W moim pamiętniku zachowały się wpisy i autografy niektórych uczestników obozu, a wśród nich komendanta Nogajskiego "Żarłacznego Kruka" i namiestnika zuchowego dh Jana Machutty "Chudego Lisa".

Tarnobrzeg maj 1997 r. 

Tadeusz Tyniec